sobota, 27 grudnia 2014

Rozgrywka (Virus x Trip, Dramatical Murder)



Otwiera oczy, jednak ciemność nie znika, nabiera jedynie różnych odmian szarości, które słabo przebijają się przez czerń. Czuje ból w całym ciele. Przyjmuje go z radością. Wie, że żyje. Jeszcze raz udało mu się uwolnić z pęt tak kuszącej, spokojnej i ciepłej śmierci. Próbuje się podnieść, ale osłabione, drżące mięśnie nie są w stanie utrzymać jego ciężaru. Leży z policzkiem przyciśniętym do zimnego betonu i czeka. Nasłuchuje cichych, stanowczych kroków, na schodach skrytych za cienkimi, drewnianymi drzwiami. Kroków przeobrażających krótkie chwile przytomności w niekończący się ogień trawiący jego ciało. 
Nie wie, jak długo jest niewolnikiem tych lazurowych tęczówek, skrytych za szkłami okularów. Ofiarą oczu, w których szaleństwo i finezja dominują błękit, które już dawno zatraciły się w chorej fascynacji cierpieniem. 
Drga, słysząc swojego oprawcę, a kajdany na nadgarstkach dzwonią smętnie. Zbędny dodatek. Nie ma siły na ucieczkę i on też o tym wie. Co dzień zakuwał go na nowo dla własnej satysfakcji i poczucia wyższości, widzi to w jego ruchach i w pełnym pogardy uśmiechu. Jest pewny swojej wygranej. 
Mężczyzna wchodzi do środka, a pomieszczenie wypełnia się mdłym blaskiem starej żarówki.
Chce coś powiedzieć, ale spomiędzy popękanych warg wydobywa się jedynie ciche westchnienie. Tak jest zawsze. Gardło zdarte od krzyku, nie potrafi poskładać słów w błaganie.
Nie reaguje, gdy czarne, eleganckie buty znajdują się przed jego twarzą. Pozwala się unieść niczym szmacianą lalkę i bezwiednie poddaje się mężczyźnie.
Wyciąga zakrwawioną, drżącą dłoń, na której nie ostał się ani jeden paznokieć. Gładzi mężczyznę po policzku, zostawiając czerwone ślady, naznaczając go swoim cierpieniem. Próbuje się uśmiechnąć, ale usta nie współpracują, wargi już dawno zapomniały o posłuszeństwie.
- Tęskniłem – chrypi, ledwo słyszalnie, ale delikatny błysk zaskoczenia w niebieskich tęczówkach, daje mu nadzieje, że został zrozumiany.
Doskonale zdaje sobie sprawę, że nie wytrzyma kolejnych tygodni, oddalania od siebie rzeczywistości i zatracania się, w coraz to bardziej mętnych, wyobrażeniach.
Zostaje posadzony na solidnym, drewnianym krześle, noszącym ślady jego krwi. Gdy kajdany, będące iście kuriozalnym dodatkiem, więżą jego ręce,  pochyla się w stronę oprawcy, opierając czoło na ciemnym materiale dobrej jakości koszuli.
- Po co nam to? – głos drży ze strachu, ale udaje mu się skryć lęk pod kurtyną fałszywej fascynacji – przecież wiesz, że nie ucieknę. Nie mogę się doczekać naszej małej zabawy.
Ledwo dostrzegalna chwila zawahania przeradza się w donośny śmiech, który odbija się od nagich ścian piwnicy i wraca do nich ze zdwojoną siłą. Mężczyzna łapie go za włosy. Brutalne szarpnięcie sprawia, że znów patrzą sobie w oczy. W jego nie widzi nic poza szaleństwem i czymś na kształt pożądania. A jego własne płoną determinacją.
- Pachniesz desperacją – ciepły oddech owiewa jego twarz i czuje dreszcze obrzydzenia, gdy zgrabne, idealnie wypielęgnowane paznokcie blondyna znaczą zadrapaniami szyję w miejscu tętnicy. Mężczyzna nie podejmuje jego gry.
Zagryza zęby, widząc cienkie ostrze, idealne do żłobienia nacięć na skórze. Hardo, nie spuszcza wzroku z łagodnej twarzy oprawcy, gdy zgrabna, jasna dłoń przykłada nóż do jego gardła. Chłodny metal dotyka skóry, rozcinając ją delikatnie i z pełną finezją, przesuwa się wzdłuż obojczyka, aż po jego prawą brodawkę, by tam płynnie zanurzyć się w mięśniu.  Gorąca krew, tryska obficie, otulając dłoń mężczyzny i spływając po wychudzonym torsie ofiary.
Zduszony krzyk wyrywa się z spomiędzy zaciśniętych warg, wywołując dźwięczny śmiech mężczyzny.
- Powinieneś tylko jęczeć – mówi z satysfakcją i przekręca ostrze, wywołując dziki wrzask zranionego zwierzęcia.
Czuje skurcz w żołądku. Nie wymiotuje.
- Mogę ci pokazać inne przyjemne sposoby na jęki – wydusza, spazmatycznie łapiąc powietrze – ta zabawa zaczyna mnie nudzić.
- Doprawdy? – cichy, uprzejmy i delikatnie rozbawiony głos, nie daje mu nadziei na zmianę. Ostrze wysuwa się powoli, błyszcząc dumnie szkarłatem i pozostawiając po sobie krwawy ślad zmierza do linii jego dżinsów  – też mogę ci wiele pokazać.
Kajdany opadają z brzękiem na podłogę. Pozbawiony ich osuwa się na podłogę.
Mężczyzna cmoka niezadowolony i unosi go z zadziwiającą lekkością.
*
- Wyglądasz prawie, jak człowiek – słyszy i nie może pozbyć się wrażenia, że w jego głosie pobrzmiewa rozczarowanie. Przygląda się sobie w lustrze i jedyne co dostrzega to wąskie blizny zdobiące klatkę piersiową oraz przydługie, matowo-rdzawe kosmyki, zasłaniające zapadnięte oczy, czujne niczym u zwierzęcia.
Napotyka jego aroganckie spojrzenie i wykrzywia pogardliwie wargi, odwracając się w stronę mężczyzny.
- Szukają mnie, prawda? – dotyka gładkiego policzka, palcami, owiniętymi w bandaże i z wyuczoną czułością gładzi linię jego szczęki –  trzeba pomyśleć nad zmianą wyglądu.
*
Z rozbawieniem przygładza jasne kosmyki, z pewną nostalgią wspominając ich niedawny szkarłat i narzuca szlafrok na wciąż wilgotne ciało. Wchodząc do sypialni widzi jego władcze, pełne pożądania spojrzenie. Wygina usta w uśmiechu. Fałszywym, jednak już dawno nie umie tego stwierdzić, zatracając się w ich drobnej grze, gdzie wszystko jest kłamstwem. Umowna, chwiejna granica między własnymi pragnieniami, a jego żądaniami. Bose stopy skrywają się w puszystym dywanie, gdy z gracją kota zbliża się do łóżka. Z cichym pomrukiem zadowolenia siada mężczyźnie na biodrach i przyjmuje jego szorstką dłoń na swoim udzie.
Seks nie jest łagodny, nie rozbudza jego pożądania. Jest dziki, gwałtowny. Daje dojść do głosu pierwotnym instynktom.
Ból związany z połączeniem ich ciał, to jedynie namiastka tego, z którym przyszło mu się mierzyć. Zaciska dłonie na gładkich ramionach i wije się prosząc o więcej.
Krok po kroku, spokojnie, systematycznie, wszystko jest jedynie elementem jego drobnej gry.
Widzi paradoksalnie piękną twarz mężczyzny i na moment traci swą maskę. Ze złością przygryza wargę, poruszając się gwałtownie. Ból odgania niepożądane uczucia. Znów pozwala władać iluzji.
Wpatruje się łagodną szarość poranka. Nie może spać, nieprzyzwyczajony do miękkości pościeli i do ciepła drugiego ciała.
Mógłby uciec. Zdaje sobie z tego sprawę, słysząc jego ciężki oddech. Dłoń delikatnie zaciśnięta na jego palcach nie stanowi przeszkody.
Nawet przez chwilę nie bierze tego pod uwagę. To zbyt proste. Zbyt banalne. Zbyt szybkie. Odwraca głowę, pozwalając by kilka jasnych kosmyków połaskotało go w nos. Pozwala sobie na jedyny szczery uśmiech od kilkunastu miesięcy. Koślawy. Drapieżny. Wygłodniały.
Nie, ucieczka byłaby zdecydowanie nieodpowiednia.
Mężczyzna musi cierpieć.
Musi kochać.
Musi pożądać.
Uśmiech z jego twarzy zostaje wymazany, gdy tylko uświadamia sobie czym jest to ciepło towarzyszące uczuciu, rozlewającemu się w jego klatce piersiowej. Tłumi je z dziką satysfakcją, ukrywając przerażenie.
Mężczyzna go intryguje, jednak nie może sobie pozwolić na nic poza niewielką dozą fascynacji.
Przymyka powieki. Z ciemności wyłania się obraz. Dobrze zbudowane ciało blondyna, tak idealne, a tak zbrukane. Jasne włosy, pozlepiane gęstą, szkarłatną krwią. Niebieskie oczy wypełnione zagubieniem.
Niechciane ciepło znika, jednak wciąż czai się, jakby czekając by powrócić w chwilach słabości.
*
Budzi się z głową zdecydowanie zbyt ciężką, by można to zrzucić na karb wczorajszej lampki wina. Sennie zaciska powieki, a gdy znów je rozwiera widzi rozbawione, iskrzące spojrzenie.
- Chodź - czuje uciska na nadgarstku i pozwala się poprowadzić. Krzywi się w niezadowoleniu, gdy bose stopy natrafiają na zimne, betonowe schody. Doskonale wie, gdzie idą. Nawet jeśli ostatnie miesiące wypełnione są usilnymi próbami ignorowania tego pomieszczenia i cienkich, drewnianych drzwi, to sam ten fakt, nie wystarcza, by się ich pozbyć z domu. Jakby uparcie tam były, by przypominać mu, że tak jak przybył zza nich, tak równie dobrze może tam wrócić. Irracjonalny strach ściska mu gardło. Wie, że jest inaczej. Skoro mężczyzna zadał sobie dość trudu, by go uśpić, to nie czekałby na przebudzenie, by znów uwięzić go wśród strachów przeszłości.
- Uznaj to za prezent świąteczny – słyszy wesoły głos, nim światło rozjaśnia mrok pomieszczenia.
Mruga zaskoczony, rejestrując, że to, co początkowo wziął za projekcie własnych lęków, w rzeczywistości jest nieprzytomnym chłopakiem przykutym do ściany. Pierwotnie daje mu nie więcej niż jedenaście lat, ale podchodząc bliżej, widzi już pierwsze ślady zarostu na zapadniętych policzkach.
Spogląda na mężczyznę z rozbawieniem kryjącym się w kącikach ust. Z rozbawieniem, które nie ma nic wspólnego z faktem, że trawnik usiany jest kwitnącą koniczyną, nie zaś przykryty zalegającym śniegiem.
- Muszę przyznać, że twój gust jest dość... ekstrawagancki – parska z lekkim lekceważeniem – jego też zgarnąłeś z tego miejsca? – ostatnie słowa z trudem przechodzą mu przez gardło, więc chrząka zirytowany. Zdaje sobie sprawę, czym jest bezbronne ciało. Testem. Próbą, sprawdzeniem szczerości jego słów. Na darmo. Doskonale wie, że blondyn nigdy nie miał intencji, by mu zaufać. Tak samo, jak wie, że sam nie cofnie się przed skrzywdzeniem chłopaka. Wszystko jest niczym więcej, jak ich drobną grą. Próbą charakterów, a on zamierzał ją wygrać.
- Mmmmm – mruczy, jakby w potwierdzeniu –  czy to nie idealne? Teraz będzie tylko twój.
Odnajduje jego dłoń, bezwiednie zaciskając palce w pozornej formie pieszczoty.
- Pobawimy się razem? – dba o to, by uśmiech przesłonił drżące wargi.
*
- Chcesz wyjść coś zjeść? – pyta, wycierając ostatnie plamy krwi z bladej twarzy i spoglądając na mężczyznę, który z gracją rozpina guziki, niegdyś śnieżnobiałej, koszuli.
Widzi, jak unosi na niego swoje rozbawione spojrzenie. Wesołe iskierki stanowią pociągający kontrast do zbrukanej, zakrwawionej odzieży, którą właśnie zrzuca na podłogę.
- Czyżby nasze zabawy sprawiały, że stajesz się głodny? – śmieje się dźwięcznie i poprawiając okulary, zaczepnie przywołuje go gestem. Podchodząc, widzi pożądanie i coś na kształt wypracowanej, nieszczerej czułości. Uśmiecha się, zarzucając szczupłe ramiona na szyję mężczyzny i popycha go na kanapę, okrakiem siadając na zgrabnych udach.
Serce zaczyna mu bić szybciej, gdy uświadamia sobie, że ma przed sobą swojego niedawnego oprawcę. Chce zabić. Pragnie widzieć, jak te pozornie niewinne tęczówki, stają się puste, a zostają okradzione ze swojego zwyczajowego uśmiechu i układają się w wyrazie zaskoczenia.
Tymczasem rozwiera wargi zapraszając mężczyznę do pogłębienia pocałunku. Taka bliskość zdarza im się coraz częściej i zaczyna go to niepokoić , jednak wątpliwości przykrywa kolejnymi zapewnieniami o rychłym zakończeniu tej farsy.
Czuje jego ciepłe dłonie, wślizgujące się pod cienki materiał koszulki i wzdycha niekontrolowanie, ignorując głos, który natrętnie przypomina mu o wcześniejszym postanowieniu. Sięga do paska przy spodniach partnera i rejestruje, że niebieskie oczy wpatrują się weń z wyższością i pogardą. Uśmiecha się, pokazując zęby, gdzie jeden z nich jest wyszczerbiony – pamiątka po rękojeści noża, dzierżonego przez blondyna. Ponownie wpija się zachłanne usta mężczyzny, dłonią przeczesując jasne kosmyki. Wdycha znajomy zapach jego ciała, przez który przebija się woń krwi. Silna, pociągająca, przyprawiająca o szybsze bicie serca. Daje się jej pochłonąć. Mruczy z rozkoszą, gdy ciepłe dłonie, przesuwają się po jego plecach i zaciskają na pośladkach. Patrzy głęboko w lazurowe tęczówki, które sprawiają, że zagryza dolną wargę i uśmiecha się przepraszająco na ułamek sekundy. Zbyt krótko, by uchwyciło to ludzkie oko. Ponownie więzi jego wargi w pełnym pożądania pocałunku  i po omacku sięga do stolika, na którym od zawsze znajduje się telefon, mały, biały, już prawie zapomniany w czasach komórek, notesik, z pośpiesznie nabazgraną wiadomością i brzytwa, która wciąż nosi na sobie ślady krwi.
- Wiesz, chyba cię kocham – mamrocze, odrywając się od niego i kładąc, koślawą, naznaczoną bliznami dłoń na jego policzku. I nim zdziwienie znika z jasnych oczu, podrzyna mu gardło, zaskoczony precyzją cięcia. Nie zawahał się. Ręka idealnie odnalazła odpowiednie miejsce, przecinając cienką skórę. Ciepła krew obryzguje mu koszulkę, ale nie zwraca na to uwagi, wciąż przytrzymując głowę mężczyzny, zafascynowany życiem ulatującym z jego pięknych oczu. Ich głęboki lazur, powoli matowieje i staje się jedynie namiastką tego, czym się tak zauroczył. Czuje, jak dłoń zaczyna mu drżeć, a gdy ześlizguje się z jego kolan, okazuje się, że nie tylko dłoń, ale i całe ciało poddaje się spazmom. Musi asekurować się oparciem kanapy i przez chwilę stoi, łapczywie łapiąc powietrze. Gdy nogi są w stanie utrzymać ciężar jego ciała, powoli zmierza w stronę piwnicy, posiłkując się ścianą, a nim dociera do pomieszczenia ich ofiary, już całkowicie odzyskuje spokój.
Mdłe światło rozjaśnia czerń pomieszczenia. Widzi drobne ciało, zwinięte pod ścianą pokoju. Kajdany brzęczą znajomo, wywołując nostalgię. Dostrzega przerażenie dzieciaka. Schodząc tu, przerywa codzienny rytuał. Przez chwilę jest mu żal chłopaka, który żyje nadzieją, na krótkie, chwilowe odroczenie cierpienia. Przykuca przy jego wychudzonym ciele, mocniej zaciskając palce na rączce brzytwy.
- Już w porządku – szepcze, pomagając mu się podnieść do siadu. Anemiczna, wymizerniała klatka piersiowa opiera się o ścianę. Oczy, które w jego zapadniętej twarzy zdają się być nienaturalnie duże, patrzą na niego z trwogą. Dwa szmaragdy, które jako jedyne znają jego prawdziwy wygląd. – On już nie przyjdzie – mówi i nim słowa rozbrzmiewają w pomieszczeniu, dwa szybkie ruchy dłoni, wydobywają ochrypły krzyk z drobnego ciała. Szmaragdy zostają spowite purpurą. Pozwala sobie na blady uśmiech i chowa ostrze do kieszeni.
*
Beznamiętnym wzrokiem spogląda na ulicę, na której nieprzerwanie od dobrych kilku minut pojawiają się kolejne radiowozy. Przygląda się im z drobnym odcieniem ulgi, ale bez żadnych większych uczuć, jakby to, co się dzieje, nie dotyczyło jego osoby. Przez moment zdaje się nie rozumieć, jednak gdy obok policjantów w mundurach dostrzega, roztrzęsioną, szczupłą sylwetkę, przez jego ciało przebiega najpierw fala zdziwienia, a potem ulgi. Głowa chłopaka obwiązana bandażem, zasłaniającym jedno oko, chwieje się niebezpiecznie. A więc, cięcie nie było tak precyzyjne jak myślał. Dobrze, bardzo dobrze, ktoś to musiał zakończyć. Nim policji udaje się sforsować białe frontowe drzwi, sięga do szafki nocnej i z szuflady wyciąga tą samą brzytwę, którą okaleczył chłopaka i którą zabił jedynego mężczyznę, będącego wzbudzić w nim żywsze uczucia. Już słyszy ciężkie buty na schodach wyłożonych beżowym, miękkim dywanem. Głuchemu dudnieniu towarzyszy szelest ubrań i stukanie, którego początkowo nie rozpoznaje, a później stwierdza, że równie dobrze, to może być dźwięk kabury. Nieistotne. Pozwala sobie na krótką refleksję, gdy widzi własne, spokojne spojrzenie w ostrzu brzytwy, ale nie wacha się. Gdy grupa stróżów prawa wyważa drzwi i wpada do pomieszczenia, w jasnych barwach i łagodnym zapachu białej herbaty, wita ich z uśmiechem. Bladym, nieruchomym i pustym.